Andrzej Lulkowski – prawnik, politolog, doktorant Międzywydziałowych Interdyscyplinarnych Humanistycznych Studiów Doktoranckich na UŁ, Stypendysta Rządu RP. Ukończył studia prawnicze na Państwowym uniwersytecie w Brześciu (Białoruś). Absolwent Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politologicznych UŁ. 

 

„Białych plam” na mapie promowania tolerancji oraz integracji cudzoziemców w naszym kraju jest bardzo wiele. Występują one nie tylko tam, gdzie po prostu brakuje programów promujących tolerancję, ale przede wszystkim wszędzie, gdzie nie ma dla obcokrajowców miejsca z powodu nieprzychylności lokalnych urzędników, ksenofobii wspólnot lokalnych, grup politycznych oraz lokalnych mediów.

Gdy w 2011 roku przygotowałem eksperyment edukacyjny wzorowany na pracach Jean Elliot, zetknąłem się właśnie z takimi białymi obszarami na mapie wrocławskiej tolerancji, w sposób niezwykle przykry dla mnie oraz dla uczestników eksperymentu.

 Sam eksperyment polegał na tym, że piętnaście czteroosobowych zespołów złożonych z moich uczniów – jednej osoby ubranej w strój wskazujący na mniejszość narodową, etniczną, wyznaniową lub społeczną (muzułmanie, Romowie, hindusi, Żydzi, bezdomni, osoby niepełnosprawne) oraz osób wspomagających, przeprowadziło badania terenowe w różnych miejscach Wrocławia. Uczniowie badali reakcje wrocławian m.in. w centrum miasta, ogrodzie zoologicznym i środkach komunikacji miejskiej. Najwięcej zespołów reprezentowało mniejszość muzułmańską. Doświadczyli wielu nieprzychylnych reakcji mieszkańców miasta wywołanych obecnością cudzoziemców w przestrzeni publicznej. Byli wyzywani, traktowani jak potencjalni przestępcy czy wreszcie bojkotowani i wykluczani. 

Z jakiej racji one tu sobie tak chodzą? (materiały zebrane w czasie eksperymentu, fragmenty)

Pan Witold, 57 lat, i jego żona Ewa, 50 lat – wspólnie prowadzą biuro turystyczne, mają trójkę dzieci.
W.: Mnie to osobiście oburza. Z jakiej racji one tu sobie tak chodzą i obnoszą się z tymi szmatami? A ja może nie chcę oglądać zasłoniętych głów, bo mi się to tylko kojarzy z porwaniem. Powiem szczerze, że nie umiliły mi popołudniowego spaceru. Po ostatnich wydarzeniach z Bin Ladenem jakoś tak strasznie to wygląda.
E.: A jak się one patrzą! Może chcą wzbudzić litość. Same się na to godzą, więc niech się męczą.
W.: Źle się o nich mówi, to prawda. Przypisuje im się, że brudaski i takie tam. Ale z drugiej strony same prowokują.
E.: Ludzie bywają okropni. Sama widziałam, jak jeden pan szedł obok nich i przedrzeźniał je, zasłaniając sobie twarz ręką. Wtedy trochę szkoda człowieka. Nie powinny się jednak dziwić, że komuś to przeszkadza. Jestem wrażliwą kobietą i trudno mi patrzeć na to, że ktoś się godzi na zniewolenie. Jeszcze się mój mąż nauczy (śmiech).
W.: To nie jest tak, jakby pani pytała o normalnego człowieka, one same się zaczepiają. Jakby trzeba było, to może i bym pomógł, ale raczej niechętnie.
E.: Nie, no wtedy trzeba pomóc. To są jednak ludzie!
W.: Nietolerancja we Wrocławiu Nie ma takiego problemu. Nikt im w niczym nie przeszkadza, chociaż pewnie przyjeżdżają do nas okradać nasze miasto. Po co szukać problemów, gdzie ich nie ma? Te żony Bin Ladena przyjechały do Polski, bo w Polsce jest dobrze.
Uczestniczka: Idę spokojnie, nikogo nie zaczepiam, nie zachowuję się „podejrzanie”, nie żebrzę. Mimo to wszyscy krzywo na mnie patrzą, są nieufni. Nie mogę mieć pewności, ale wydaje mi się, że wymieniane przez nich szeptem uwagi dotyczą właśnie mojej osoby, muzułmanki. Czuję się inna, wykluczona z małej społeczności obejmującej przechodniów na ulicy Oławskiej.

Ankieta: Którą z mniejszości uważa Pan/Pani za niebezpieczną? Liczebność (N) uwzględnia osoby, któ¬re ustosunkowały się do danej kwestii. N=84.
Źródło: badania własne

Reakcje wrocławian zaobserwowane w eksperymencie odkryły przede mną kolejną „białą plamę”, której istnienia nie podejrzewałem, tym razem w narracji, jaką władze samorządowe i lokalni politycy uprawiali na temat zarządzanego przez nich miasta. Dowodziła ona, że wielokulturowość Wrocławia była tak naprawdę marketingowym mitem zbudowanym na bardzo poważnym, choć chyba oczywistym dla każdego, „braku” innych niż polska kultur w widoczny sposób wypełniających przestrzeń miasta. Władze samorządowe mojego miasta miały skłonność do reklamowania swojej tolerancji i wielokulturowości, ale jednocześnie z obaw, by nie zrazić do siebie ksenofobicznych wyborców, nic konkretnego poza składanymi deklaracjami nie czyniły, by tolerancje czy wielokulturowość we Wrocławiu upowszechniać.

Nazywam taką urzędniczą postawę postawą strusia demokraty, bo polega ona na zupełnie opacznym rozumieniu demokracji lokalnej jako rządów ksenofobicznej, ale hałaśliwej mniejszości. Urzędnicy ulegający jej presji nie dbają o wielokulturowość, pozostawiając ją w przestrzeni marketingowych sloganów wykorzystywanych do promocji miast, jak: „Wrocław miasto spotkań”, „Wroclove” czy „Miasto czterech świątyń”.

Po przeprowadzonym eksperymencie zacząłem przypuszczać razem z koleżanką, dr Moniką Spławską-Murmyło, że wrocławianie reagowali źle na obecność przedstawicieli innych kultur, bo ich zwyczajnie nie znali. Uznaliśmy, że mieszkańcom naszego miasta brakowało wiedzy na temat Innego, brakowało kompetencji międzykulturowych, zwykłego międzyludzkiego doświadczenia. Postanowiliśmy zatem działać i tej wiedzy im dostarczyć.

Najpierw zorganizowaliśmy debatę pt. „Tolerancja w Europie, Polsce, Wrocławiu?”, na którą zaprosiliśmy wrocławskiego imama Alego Abi Isse, żydowską artystkę Bente Kahan, ks. Adama Bonieckiego, przedstawicielkę środowisk homoseksualnych Mirkę Makuchowską oraz dziennikarza Jacka Żakowskiego.



W wypełnionej po brzegi auli jednego z wrocławskich „ogólniaków” wrocławscy licealiści, lokalne media i autorytety mogli posłuchać pięknych i mądrych wypowiedzi o tym, czym powinna być tolerancja religijna, kulturowa czy seksualna.

Debata była szeroko komentowana w lokalnych mediach, a przedstawiciele władz zaszczycili swoją obecnością. Biorąc pod rozwagę słowa ks. Adama Bonieckiego, które wypowiedział w trakcie debaty: „niedługo będziemy gościć w trakcie Euro przybyszy z całego świata”, władze magistratu zwróciły się do nas z propozycją stworzenia programu edukacyjnego poświęconego nauce tolerancji, skierowanego zarówno do nauczycieli, jak i uczniów. Przystąpiliśmy do jego tworzenia, a owocem naszych wysiłków był napisany wspólnie z wieloma organizacjami pozarządowymi oraz Szkołą Wyższą Psychologii Społecznej program „Wrocław przeciw rasizmowi i wykluczeniom”, który następnie zaproponowaliśmy do realizacji wrocławskiemu Wydziałowi Edukacji oraz władzom Ratusza.




Program nasz zyskał pozytywną opinię wielu organizacji edukacyjnych oraz uczelni wyższych w Polsce, w tym Kancelarii Prezydenta RP. Napisaliśmy go wespół z Wrocławską Gminą Żydowską, Fundacją Bente Kahan, Stowarzyszeniem na Rzecz Integracji Społeczeństwa Wielokulturowego NOMADA, Stowarzyszeniem Generacje, Stowarzyszeniem Nigdy Więcej, Muzułmańskim Centrum Kulturalno-Oświatowym we Wrocławiu, Kampanią Przeciw Homofobii, Stowarzyszeniem Centrum Inicjatyw Międzykulturowych, Fundacją Centrum Tolerancji oraz Szkołą Wyższą Psychologii Społecznej.




Miał on uczyć tolerancji i poszanowania dla drugiego człowieka, dla Innego. Składał się z siedmiu modułów, z których każdy został poświęcony innemu tematowi, np. kulturze islamu, judaizmowi, homofobii czy prawom kobiet. Pragnęliśmy, aby zajęcia miały charakter najbardziej praktyczny z możliwych, to znaczy, by uczniowie uczęszczający na zajęcia mogli jednocześnie spotykać się z przedstawicielami innych kultur czy stylów życia. By od razu nabywali też kompetencji w nawiązywaniu z nimi relacji opartych na szacunku. Dlatego o kulturze żydowskiej mieli uczniom opowiadać żydzi, a o religii muzułmańskiej muzułmanie itd.

Warunkiem przystąpienia do programu było ukończenie osiemnastego roku życia bądź wyrażenie przez rodziców czy prawnych opiekunów uczestnika pisemnej zgody. To był warunek pozwalający włączyć w cały program również rodziców i zainteresować ich tematyką prowadzonych zajęć. Zakładaliśmy zresztą, że zdobytą na zajęciach wiedzę młodzież zaniesie następnie do swoich rodzin oraz wspólnot lokalnych. Najbardziej aktywnym emisariuszom tolerancji zamierzaliśmy wystawiać „paszporty tolerancji”, co wiązało się z cennymi nagrodami. Chcieliśmy nauczyć młodych ludzi z Wrocławia, jak w praktyce mogą przeciwdziałać przejawom przemocy, której doświadczają w społeczeństwie osoby o innym kolorze skóry, wyznaniu czy orientacji seksualnej. Powstała również siostrzana wersja programu skierowana do wrocławskich nauczycieli, bo jako „belfrzy” wiedzieliśmy dobrze, że również i w tej grupie zawodowej potrzebna jest edukacja antyrasistowska i antyhomofobiczna.

Pierwsze problemy pojawiły się o dziwo nie na poziomie pisania programu, ale jego wdrażania. Najpierw dotknęły nas one w Wydziale Edukacji, a później w biurze polityki społecznej miasta Wrocławia. Spotkaliśmy się tam z całą gamą nietolerancyjnych postaw urzędniczych, czyli kolejnych „białych plam”, których istnienia nie byliśmy świadomi. Do najczęstszych należała postawa urzędnika nacjonalisty polegająca na prezentowaniu stanowiska „nie zgadzam się na promowanie jakiejkolwiek tolerancji, tu jest Polska, a Polska jest dla Polaków”. Do równie częstych należała postawa urzędnika homofoba – usłyszeliśmy, choćby od jednego z ówczesnych dyrektorów Wydziału Edukacji we Wrocławiu, że uczenie strategii przeciwdziałania przemocy na tle homofonicznym to praktyka wprost promująca homoseksualizm (sic!), urzędnika islamofoba – „nie możemy uczyć tolerancji wobec muzułmanów, bo zawiną nasze córki w burki”. Dość częsta była również postawa racjonalnego antyrasisty, tj. „uczmy wyłącznie tolerancji ze względu na rasę, bo to nie wzbudzi kontrowersji, o nietolerancji innej, np. religijnej czy seksualnej, milczymy, bo to zbyt kontrowersyjne”. Postawę taką prezentował jeden z ówczesnych wiceprezydentów Wrocławia, gdy negocjowaliśmy podjęcie decyzji o wdrożeniu programu w życie. Ponieważ osobiście nie zgodziłem się na uczenie tolerancji „fragmentarycznej”, wyłącznie ze względu „na rasę”, program nasz nie dostał zielonego światła i nie został wdrożony we wrocławskich szkołach.

I tu ważny wniosek dla wszystkich tych organizacji pozarządowych, które chciałyby jak my wdrażać programy poświęcone tolerancji w polskich szkołach. Po pierwsze, należy zacząć od uczenia tolerancji nie uczniów, ale urzędników samorządowych i ludzi odpowiedzialnych za edukację w waszych miastach, w tym nauczycieli. Do nich w pierwszej kolejności trzeba skierować całą gamę szkoleń, kursów i projektów, bo naprawdę bardzo tego potrzebują. Nie od dziś przecież wiadomo, że ryba psuje się od głowy! Po drugie, na bazie zebranych doświadczeń mogę powiedzieć, że nie należy zaczynać ścieżki wdrażania projektów od poziomu najwyższego, czyli lokalnego wydziału edukacji. Mają one umocowanie, przynajmniej jeśli chodzi o ich dyrekcje, pochodzące z rozdania politycznego, a przez to są bardzo „wyczulone”, w tym negatywnym sensie, na głosy opinii publicznej. Wystarczy hałaśliwa grupka ksenofobów, by zablokować wszelkie programy budujące zintegrowane społeczeństwo wielokulturowe w polskich miastach. Zresztą to, że akurat w tym obszarze edukacja nie może być podatna na lokalną opinię publiczną, najlepiej udowadnia przykład, że prawd nauki np. mówiących o prawdziwości ewolucji nie można, pod wpływem lokalnej opinii publicznej, zastępować kreacjonizmem. Tak samo nie można rezygnować z uczenia uniwersalnych praw człowieka na rzecz rasizmu czy homofonii, nawet jeśli do takich racji przekonana jest lokalna większość lub hałaśliwa lokalna mniejszość.

Zamiast zatem udawać się do wydziałów edukacji, lepiej skierować się z takimi projektami bezpośrednio do dyrekcji poszczególnych szkół średnich lub gimnazjalnych, w jakich chcemy przeprowadzić nasze zajęcia. Po reformie oświaty, jaka nastąpiła w ostatnich latach, nauczyciele mają dość daleko posuniętą autonomię w doborze programów i treści nauczania, zwłaszcza w aspektach wychowawczych. Jeśli program, z jakim przyjdziemy do szkoły, zostanie zaakceptowany przez jej dyrekcję oraz Radę Pedagogiczną, można go ze spokojem wdrażać w szkole. Można też bezpośrednio zwrócić się o akceptację takiego programu do Rady Pedagogicznej z pominięciem dyrekcji.

To, czego zresztą najbardziej brakuje w polskim systemie oświaty w odniesieniu do programów integracji wielokulturowej oraz integracji imigrantów, stanowiąc kolejne „białe plamy” na mapie edukacyjnej Polski, a o czym wielokrotnie mówili już specjaliści między innymi w Lublinie na niedawno zakończonym II Międzysektorowym Forum Roboczym dotyczącym Lokalnych Polityk Migracyjnych, to przede wszystkim: brak okresów przygotowawczych dla dzieci imigrantów, brak intensywnych kursów języka polskiego, oceniania na równi z dziećmi polskimi, problemem jest także status prawny imigranta oraz jego motywacji do nauki, realizacja obowiązku szkolnego czy zapewnienie realizacji prawa do nauki oraz efektywnego korzystania z systemu edukacji. Szczegółowe obszary „białych plam”, w jakich konieczna jest natychmiastowa praca organizacji pozarządowych oraz odpowiedzialnych za polską oświatę urzędników w obszarze warunków integracji i uczenia tolerancji, jakie ona stwarza, to praca w obrębie:
• przygotowania dzieci cudzoziemskich i ich rodziców do kultury organizacyjnej polskiej szkoły i przygotowanie samych szkół w Polsce do wyzwań związanych z migracjami,
• wzbudzenia zainteresowania sytuacją dzieci cudzoziemskich ze strony osób odpowiedzialnych za system edukacji w Polsce. Jego brak jest zresztą sprzeczny z zobowiązaniami międzynarodowymi Polski w tym zakresie, np. z zapisami Konwencji w Sprawie Likwidacji Wszelkich Form Dyskryminacji Rasowej.
• braków:
o nie ma narzędzi klasyfikacyjnych uczniów do kolejnych poziomów edukacyjnych uwzględniających ich specyfikę i odrębność kulturową. Obecnie stosuje się narzędzia klasyfikacji na podstawie dotychczasowego przebiegu edukacji ucznia imigranta lub na podstawie jego wieku, co na ogół kompletnie nie odpowiada jego możliwościom i uwarunkowaniom kulturowym,
o brakuje narzędzi oceniania indywidualnych postępów, a nie wiedzy wynikającej z programu nauczania w zakresie podstawy programowej,
o nie ma tekstów kultury zawierających elementy kultury europejskiej czy światowej,
• sieci tzw. „asystentów międzykulturowych”, która bardzo słabo funkcjonuje – mimo że istnieją stosowne przepisy prawne, to nie są one stosowane w praktyce. System finansowania pracy takich osób odbywa się głównie w ramach projektów organizacji pozarządowych, a nie jest finansowany przez samorządy. Pojawia się zatem problem stabilności ich zatrudnienia; nawet gdy zatrudnienia dokonują gminy, asystenci nie są zatrudniani na etatach, ale na umowę zlecenie, co nie sprzyja podniesienia poziomu rekrutacji do takiej pracy,
• oferty bezpłatnej edukacji dla dorosłych imigrantów – najbardziej bolesny jest jej brak, a przez to uniemożliwienie zdobycia lub uzupełnienia wykształcenia w obszarze preferowanym na lokalnym rynku pracy.

Ostatnią „białą plamą”, na jaką chciałbym zwrócić uwagę w tym krótkim szkicu, na mapie wdrażania programów integracji i uczenia tolerancji w Polsce to postawa mediów prezentowana wobec kwestii tolerancji i praw człowieka. Wdrażając we Wrocławiu nasz program „Wrocław przeciwko rasizmowi i wykluczeniom”, spotkaliśmy się np. z bardzo nieprzychylną reakcją periodyków związanych ze środowiskami katolickimi, co ostatecznie przyczyniło się do porażki programu i uniemożliwiło pojawienie się go we wrocławskiej przestrzenia oświatowej. Szczególnie intensywnie atakował nas wrocławski „Gość Niedzielny”, poświęcając naszemu programowi wiele miejsca na swoich łamach. Pod bardzo znaczącym tytułem Tylnymi drzwiami proszę, autor, ks. Rafał Kowalski, dyrektor wrocławskiego oddziału „Gościa” pisał na przykład: „[…] W latach 80. XX wieku powstał w USA manifest wyznaczający zasady promocji homoseksualizmu w społeczeństwie. Kilka lat temu w Polsce ostrzegała przed nim Joanna Najfeld. Czy dziś jest wdrażany w życie we Wrocławiu? […] Dziwnie się składa, że dwie pierwsze zasady wspomnianego manifestu lobby homoseksualnego w USA sugerują konieczność mówienia o zjawisku jak najczęściej oraz prezentowania homoseksualistów jako ofiar, a nie agresywnych rewolucjonistów. Jego autorzy tłumaczą, że prawie każde zachowanie zaczyna wyglądać normalnie, jeśli stykamy się z nim często, np. spotykamy je w kręgu znajomych, a nasza akceptacja zależeć będzie od tego, ile osób to zachowanie zaakceptuje. Zwracają także uwagę, że zabiegając o przychylność opinii publicznej, trzeba obsadzać homoseksualistów w roli ofiar, które potrzebują ochrony. Zbieg okoliczności czy zwyczajne wprowadzanie organizacji homoseksualnych do placówek oświatowych tylnymi drzwiami? Organizatorzy wrocławskiego programu przekonują, że udział zarówno uczniów, jak i nauczycieli w programie jest dobrowolny, a w przypadku uczniów niepełnoletnich wymagana będzie pisemna zgoda rodziców lub prawnych opiekunów. Może warto zorientować się, czy szkoła, do której uczęszczają nasze dzieci, będzie projekt realizować, i podjąć odpowiednie działania, kiedy nie jest jeszcze za późno ?” [1].

Podobnie jak z głoszeniem treści homofonicznych w mediach, rzecz się ma z podsycaniem nastrojów antyislamskich. Udział w tym biorą nie tylko media religijne, ale również należące do tzw. głównego nurtu w Polsce. Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że w dobie „infotainment” (określenie współczesnych mediów pochodzące od połączenia information i entertainment) informacja staje się towarem, a najbardziej cenna jest ta, która się najlepiej sprzeda, wywołując silne emocje, czyli najczęściej – sensacyjna, o jawnie negatywnym wydźwięku. Analizując pojawiające się najczęściej określenia, w których sąsiedztwie użyto słowa „islam”, zauważyliśmy z dr Moniką Spławską-Murmyło pewne prawidłowości wpływające na tworzenie i podtrzymywanie stereotypowego obrazu tej religii. Jednym z najliczniej pojawiających się wyrażeń jest „świat islamu” wprowadzające opozycję do świata Zachodu i jednoznacznie sugerujące obcość kulturową „terytorium” zamieszkiwanego przez muzułmanów. W wielu publikacjach słowo „islam” było zestawiane z określeniem „ideologia” („ideologia islamu”), zaś w połączeniu z przymiotnikiem „radykalny”, tudzież „walczący” i „wojowniczy”, było gotową kalką pojęciową stosowaną na określenie grup stanowiących potencjalne zagrożenie terroryzmem, zresztą podobnie jak określenia: „muzułmański ekstremista”, „groźny muzułmański ekstremista”, „islamiści” (jako zwolennicy islamskiego fundamentalizmu), „radykalne oblicze islamu” czy „zbrojne grupy wyznawców islamu”. W samej „Rzeczpospolitej”, z której wynotowaliśmy 125 przykładów użycia słowa „islam” w różnych kontekstach, tematyka ponad połowy artykułów odnosiła się do negatywnych wydarzeń związanych z aktywnością muzułmanów zarówno w krajach europejskich, jak i arabskich. Najczęstszymi kontekstami dla słowa „islam” były: wojna („wojna z islamem”, „batalia ze światem islamu”), konflikt („konflikty z islamem”), terroryzm itd.

Negatywny wizerunek islamu uwidaczniający się w analizowanych przez nas materiałach nie jest oczywiście zamierzony przez media, jednak dobór wydarzeń i treści, którym poświęca się najwięcej czasu antenowego i miejsca w kolumnach gazet, jak również specyficzna retoryka tekstów dziennikarskich, determinują dość jednoznaczny, islamofobiczny obraz, wzmacniając jednocześnie w społeczeństwie podejrzliwość i strach wobec muzułmanów. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że media, które deklarują służbę zróżnicowanemu, pluralistycznemu społeczeństwu, nie wypełniają należycie obowiązku przedstawiania całego spektrum perspektyw odpowiadających temu pluralizmowi, co wpływa na wzrost zachowań ksenofobicznych w naszym społeczeństwie.

Podobny mechanizm pojawił się przy ostatniej „białej plamie”, na jaką pragnę zwrócić uwagę w tym szkicu, to jest sytuacji mniejszości romskiej we Wrocławiu. W moim mieście ujawniła ona nie tylko całą gamę ksenofobicznych postaw urzędniczych, o których już pisałem, ale również ukazała wszystkie problemy, jakie mamy z edukacją cudzoziemców w naszym kraju, a na koniec również wywołała medialną nagonkę na przedstawicieli tej mniejszości. 

Otóż urzędnicy wrocławskiego magistratu najpierw wdrożyli w odpowiedzi na „zagrożenie romskie” kampanię „nie dawaj pieniędzy żebrakom na ulicy”, czym wywołali głód w romskiej społeczności, jaka się znajduje we Wrocławiu. Następnie wytoczyli proces Romom, chcąc ich usunąć z zajmowanego przez nich terenu leżącego opodal ogrodów działkowych przy ul. Kamińskiego we Wrocławiu. Trzeba dodać, że przez lata nikt się tym terenem nie interesował, dopóki nie zajęli go Romowie. Sąd we Wrocławiu tak dalece pragnął przyspieszyć zakończenie procesu, że nawet nie wyznaczył tłumacza dialektu języka romani, który mógłby pomagać Romom w tłumaczeniu na rozprawach.

Pisałem razem z koleżanką, dr Moniką Spławską-Murmyło list otwarty w tej sprawie, tzw. „list intelektualistów”, pod którym podpisało się wielu znanych pisarzy i wykładowców wyższych uczelni, a także przedstawicieli świata polityki, jak: Władysław Frasyniuk, Józef Pinior, Olga Tokarczuk, Wojciech Tochman, Dorota Wodecka, prof. Justyna Ziarkowska i inni.

Następnie do „działania” przystąpiły władze edukacyjne mojego miasta, proponując dzieciom romskim uczęszczanie do pobliskiej szkoły publicznej. Ale że zastosowano narzędzia klasyfikujące uczniów romskich do kolejnych poziomów edukacyjnych, uwzględniając ich wiek, a nie rzeczywisty poziom ich umiejętności i kompetencji – niskich, nie oszukujmy się – dzieci romskie zostały przypisano do poziomów edukacyjnych, na których nijak nie mogły sobie poradzić. Szybko zatem zniechęciły się do nauki. Zabrakło również w planach edukacji małych Romów uwzględnienia ich specyfiki kulturowej oraz zatrudnienia wspomagającego ich „asystenta międzykulturowego”. Zabrakło także przygotowania ich rodziców do kultury organizacyjnej polskiej szkoły. To wszystko zaowocowało tym, że Romowie z polskiej edukacji uciekli i wrócili na ulicę, co dało z kolei asumpt ksenofobicznie nastawionym mediom we Wrocławiu do rozpoczęcia antyromskiej nagonki, w której szczególnie celowała „Gazeta Wrocławska”. Oto kilka przykładów tytułów artykułów, jakie pojawiły się w tym popularnym wrocławskim dzienniku: „Fontanna w centrum zamieniona w basen dla Cyganów”, „Skazani na sąsiedztwo Romów. Jak w trzecim świecie”, „Wrocław: Romki kradły jedzenie klientom restauracji McDonald’s w Rynku”, „Romowie wcale nie są biedni. Umieją udawać i kraść”, „Ore, ore szaba… jak dobrze mieć Cygana za sąsiada. Najlepiej 300 km za płotem?”, „Wrocław: Możliwy wzrost zachorowań na odrę. Winni Romowie?”, „Cyganie atakują na rynku. Tylu żebrzących nie było od lat”. Mógłbym jeszcze tak długo wymieniać.

W efekcie nastroje pogromowe we Wrocławiu zaczęły narastać. Znani z rasistowskich i szowinistycznych poglądów wrocławscy kibole i narodowcy zaczęli organizować na Facebooku wydarzenie „Oczyszczanie miasta z Romów”, nawoływano również do ich spalenia. Na szczęście policja w porę interweniowała. Stronę usunięto, a człowieka, który nawoływał do spalenia Romów, aresztowano. Okazało się, że był to żołnierz polskiej misji wojskowej z Afganistanu, który właśnie wrócił do kraju. Jego proces trwa.

Jakiś czas później urzędnicy miejscy postanowili przygotować kontenery, do jakich po szczęśliwie, z perspektywy miasta, zakończonym procesie chcieli przesiedlić Romów z koczowiska, rozdzielając przy tym ich rodziny. Zamierzali bowiem mężczyzn umieścić w tych kontenerach, a kobiety z dziećmi w przytułkach. Znowu protestowaliśmy przeciwko rozdzielaniu romskich rodzin, bo naruszało to wszelkie standardy prawa rodzinnego obowiązującego w Polsce oraz prawa człowieka. Urzędnicy jednak akcję zatrzymali, nie z uwagi na nasze protesty, ale dlatego, że kontenery przeznaczone dla mężczyzn zostały zniszczone w nocy przez „nieznanych sprawców”. Śledztwo trwa.

Wnioski, jakie nasuwają się z tego krótkiego szkicu, nie są pomyślne. Przede wszystkim obszar „białych plam” w obrębie promowania tolerancji i integracji imigrantów w Polsce wydaje się ogromny. Natychmiastowej edukacji na rzecz tolerancji wymagają urzędnicy, dziennikarze i nauczyciele, słowem prawie wszyscy odpowiadający za kształt polityki społecznej Wrocławia. Ale skoro jest tak, że „prawie wszyscy” potrzebują tolerancji w najbardziej „europejskim z miast w Polsce”, to znaczy, że nie żyjemy już w kraju, który byłby otwarty i przyjazny, w którym dbałoby się powszechnie o przestrzeganie praw człowieka. Kraju naszych marzeń. Coś się bowiem w ostatnim dziesięcioleciu w Polsce zmieniło i to zdecydowanie na gorsze.

Autor: Dr Mirosław Tryczyk

[1] Ks. Rafał Kowalski, Tylnymi drzwiami proszę, „Gość Niedzielny”, http://rodzina.wiara.pl/doc/1070136.Tylnymi-drzwiami-prosze, 29.01.2012 r


Skomentuj

Ogłoszenia
Aktualności
Archiwum
Warto poczytać
Finansowanie projektów migracyjnych

Do 13/12/2016 można składać wnioski z zakresu ochrony dzieci migrujących:
Pierwszy nabór dotyczy budowy potencjału w zakresie praw i ochrony dzieci migrujących, w szczególności kwestii

...
Czytaj dalej >
Warto poczytać

W dniu 25 marca 2008 roku zostało podpisane „Porozumienie w sprawie standardowych procedur postępowania w zakresie rozpoznawania, przeciwdziałania oraz reagowania na przypadki przemocy seksualnej

...
Czytaj dalej >
Zagrożenia w świecie migrantów

Polska wciąż pozostaje krajem zatrudniającym obywateli Korei Północnej. Co warto

...
Czytaj dalej >

Projekt ‘MIEJSKI SYSTEM INFORMACYJNY I AKTYWIZACYJNY DLA MIGRANTÓW’ jest współfinansowany z Programu Krajowego Funduszu Azylu, Migracji i Integracji oraz budżetu państwa. Wyłączna odpowiedzialność spoczywa na autorze. Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za sposób wykorzystania udostępnionych informacji.

Projekt LOKALNE MIĘDZYSEKTOROWE POLITYKI NA RZECZ INTEGRACJI IMIGRANTÓW realizowany był w ramach programu Obywatele dla Demokracji, finansowanego z Funduszy EOG.

Projekt LOKALNE POLITYKI MIGRACYJNE - MIĘDZYNARODOWA WYMIANA DOŚWIADCZEŃ W ZARZĄDZANIU MIGRACJAMI W MIASTACH był współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu na rzecz Integracji Obywateli Państw Trzecich oraz budżetu państwa. Wyłączna odpowiedzialność spoczywa na autorze. Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za sposób wykorzystania udostępnionych informacji.

Projekt LOKALNE MIĘDZYSEKTOROWE POLITYKI NA RZECZ INTEGRACJI IMIGRANTÓW był współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu na rzecz Integracji Obywateli Państw Trzecich oraz budżetu państwa. Wyłączna odpowiedzialność spoczywa na autorze. Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za sposób wykorzystania udostępnionych informacji.

Projekt ‘WARSZAWSKIE CENTRUM WIELOKULTUROWE’ był współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu na rzecz Integracji Obywateli Państw Trzecich oraz budżetu państwa. Wyłączna odpowiedzialność spoczywa na autorze. Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za sposób wykorzystania udostępnionych informacji.

LOKALNE MIĘDZYSEKTOROWE POLITYKI NA RZECZ INTEGRACJI IMIGRANTÓW Projekt realizowany był przy wsparciu Szwajcarii w ramach szwajcarskiego programu współpracy z nowymi krajami członkowskimi Unii Europejskiej.