Dodał: |

Uczestnicy IV. Forum ds. Lokalnych Polityk Migracyjnych / źródło: Polityki Migracyjne

O tym, jak Warszawa radzi sobie z obszarem integracji mieszkańców, w jaki sposób imigranci są postrzegani przez warszawiaków i jak wygląda idealna strategia miasta na działania wielokulturowe – opowiada Witek Hebanowski, szef Fundacji Inna Przestrzeń.

Aleksandra Górecka: Czy rozmawiając na temat strategii integracyjnej Warszawy i kompleksowych działań na rzecz wielokulturowości, możemy się odwołać do konkretnego, wypracowanego na szczeblu samorządowym, dokumentu, który wskaże nam jakie działania są podejmuje miasto w tym obszarze?

Witek Hebanowski: Nie ma żadnego dokumentu, nie ma też jednej strategii w Warszawie, ale działa bardzo wiele mechanizmów, które świadczą o zrębach nieformalnej strategii. Obecnie to, co miasto wypracowało, to więcej niż pojedyncze działania; możemy mówić już o pewnej praktyce. Jedyny dokument, który był bliski tematom migranckim i w jakiś sposób je zawierał, to „Warszawa Różnorodna”. Dokument ten ostatecznie nie został przyjęty przez Radę Miasta, prace nad nim zostały zakończone i właściwie nie możemy go zobaczyć. Podsumowując, brak jest jednolitej strategii, działania natomiast są prowadzone.

 

Skoro nie możemy mówić o wypracowanej strategii miasta na integrację, to jak w twojej ocenie wyglądają dotychczas prowadzone działania Warszawy w obszarze integracji mieszkańców?

Po pierwsze należy spojrzeć na miasto z szerszej perspektywy niż tylko na integrację migrantów. Wtedy zauważymy, że w Polsce jedna z takich rewolucji społeczeństwa obywatelskiego w ostatnich latach dotyczy funkcjonowania miast. Tak jak na początku transformacji zwiększyliśmy samorządność w na tyle stabilny i mocny sposób, że teraz jest ona naturalna i oczywista – nikt jej już nie kwestionuje – tak musiało minąć ponad 20 lat, żeby rozpoczęło się myślenie o mieście „wieloaktorowym”, które przejawia się np. w powoływaniu ruchów miejskich. Jest to bardzo zdrowy element rozwoju społecznego w Polsce, ponieważ kwintesencją tworzenia polityk na poziomie samorządowym powinno być to, że powinny one wynikać z sensownych, realnych zapotrzebowań mieszkańców i przez mieszkańców powinny być współtworzone. Jest to odzwierciedleniem wejścia na nową generację myślenia o miastach. Jednak problem polega na tym, że we wszystkich politykach, a nawet przyglądając się budżetowi partycypacyjnemu, mamy do czynienia z taką sytuacją, że urzędnicy są „na tak”, włodarze miast także, ale system nie pozwala się w swobodny sposób miastu rozwijać.

System, to znaczy prawo, procedury, ale też mentalność osób, które to prawo i te procedury tworzą i wdrażają. I gdybyśmy sobie chcieli wyobrazić dobrze zarządzane miasto, to możemy przyjąć, że w tym mieście nie ma problemu z wprowadzeniem czytelnej i jasnej polityki odnoszącej się do tego, jakich migrantów chcemy pozyskać, jak integrujemy wszystkich mieszkańców, jak działamy na rzecz grup wykluczonych. I właśnie tych aspektów w Polsce brakuje.

Obecnie Warszawa jest jednym z liderów w myśleniu o migracjach, a zawdzięcza to szeregowi urzędników na różnym szczeblu, którzy temat migracji potraktowali poważnie i otwarcie, mimo że prawo, szczególnie w tym zakresie, nie pomagało.

W Polsce w dalszym ciągu polityka migracyjna jest prowadzona z poziomu centralnego, samorządy wciąż nie mają możliwości decydowania o głównych wątkach w tej tematyce. Czy zgodzisz się z tym, że taka formuła centralizacji podejmowania decyzji jest problemem w myśleniu o migracjach?

Na pewno jestem zwolennikiem teorii, że to, co kreowane jest oddolnie, ma większą moc rażenia, a państwo powinno sprzyjać takiemu podejściu i tworzyć odpowiednie warunki. Z drugiej strony należy wypracować spójne podejście do migracji i ogólną filozofię działania. Na pewno takie kwestie jak polityka recepcji, decyzje o kwestiach prawnych związanych pobytem migrantów, muszą być kreowane centralnie. Miasto natomiast, razem ze stroną społeczną, na pewno powinno upominać się o zmiany.

W przypadku Warszawy należy zaznaczyć, że miała miejsce wyjątkowa sytuacja. Tutaj dyrektorka Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego alarmowała o tym, że obecny system nie działania dobrze. Pięć lat temu nie wyobrażałbym sobie, że kierowniczka wysokiego szczebla odpowiedzialna za recepcje migrantów w Urzędzie postuluje publicznie konieczność zmian.

Jeśli zatrzymamy się przy stronie społecznej i przyjrzymy reakcjom mieszkańców Warszawy na działania integracyjne, to jak twoim zdaniem obecnie wygląda stosunek osób mieszkających w Warszawie do migrantów i działań promujących wielokulturowość? 

Oczywiście najlepiej byłoby to zweryfikować za pomocą badania społecznego. Wydaje mi się, że w świadomości mieszkańców dużych miast (nie tylko w Polsce czy na Zachodzie) istnieje pewne wyobrażenie (kreowane w dużym stopniu przez kulturę popularną), w którym nowoczesne miasto jest z zasady miastem wielokulturowym i otwartym. Dlatego też dla wielu mieszkańców dużych miast obecność różnych kultur w jednym mieście staje się czymś naturalnym, a nawet – świadectwem rozwoju miasta. Sądzę, że taka świadomość jest u wielu ludzi w Warszawie. Jest to tendencja nie tylko w stolicy, ale wszędzie w większych miastach, gdzie mieszka inteligencja i sporo ludzi wykształconych.

Ale jednocześnie jest sporo ludzi, którzy nawet w dużych miastach traktują migrantów bardzo nieufnie, często nawet w sposób dyskryminujący, jak np. Wrocław – mimo że mianuje się miastem otwartym i miastem spotkań, to nie znaleziono tam jeszcze pomysłu na rozwiązanie tego problemu.

Przypuśćmy, że znajdujemy się w świecie idealnym i próbujemy rozpocząć proces kształtowania lokalnej strategii integracji. Jakie powinniśmy założyć cele naszej pracy na rzecz migrantów? Jakie twoim zdaniem są oczekiwania społeczeństwa wobec miasta w tym zakresie?

Model takiej polityki według mnie powinien przypominać odwróconą piramidę, w której na samym dole znajduje się prezydent oraz ogólnomiejskie organy władzy „wspierające” funkcjonowanie całego miasta. Wyżej jest to, co się dzieje w centralnych biurach: kultury, edukacji, polityki społecznej itd. oraz dzielnicach, a na samej górze – obywatele, ruchy nieformalne, organizacje wspierane przez biura i inne jednostki organizacyjne miasta oraz urzędy dzielnic.
Idealna sytuacja wyglądałaby tak, że łączyłaby różne polityki migracyjne, czyli afirmatywność migracji połączona z pozyskiwaniem migrantów, a więc opracowanie polityki, która zachęcałaby migrantów do przyjazdu. Proponowałabym tutaj podejście podobne do tego, jakie jest w Portugalii, to znaczy, że państwu powinno zależeć na tym, aby zrobić wszystko, by dany migrant był legalnie, to znaczy nie powinno się go wyganiać, ale umożliwić jak najszybciej legalizację, aby pracował i płacił podatki, a nie był wyłączony z systemu. Z drugiej strony wszelka pomoc dla legalnych migrantów powinna być też dostępna dla osób o nieuregulowanym statusie.

Jak istotna jest w tym aspekcie terminologia? Czy mówimy o strategii wielokulturowości, czy integracji? Co te dwa pojęcia oznaczają i które z nich powinno być przewodnim w myśleniu o działaniach na rzecz migrantów?

Raczej unikam sporów terminologicznych, mogą być one ciekawe z perspektywy lingwistycznej, chociaż rzeczywiście pogranicze lingwistyki i polityki też jest interesujące. Z tej perspektywy te dwa słowa się nie wykluczają: mówimy o dialogu międzykulturowym i o zintegrowanym społeczeństwie. Dbając przy tym o wyodrębnioną tożsamość. Jeśli jestem pochodzenia polsko-kenijskiego, to potrafię czuć się bardzo dobrze jako Polak, ale nie zapominam o pochodzeniu swojego drugiego rodzica i potrafię uczestniczyć w kulturze drugiego kraju pochodzenia.

Czy jako jedno z głównych zagrożeń w kształtowaniu działań na rzecz integracji miasta widzisz gettoizację migrantów i tworzenie się skupisk pewnych społeczności, które nie czują się wystarczająco bezpiecznie, aby integrować się z całym społeczeństwem?

Oczywiście, wielokulturowa polityka nie może być wyłącznie polityką wielokulturowości, ale musi być też polityką integracji. Kluczem do sukcesu jest połączenie pewnego rodzaju wymagań wobec każdej osoby, aby przestrzegała pewnych podstawowych praw, a wartość jedną – szacunek do prawa. Z drugiej strony potrzebna jest świadomość kształtu społeczności migranckiej, tego, kim są jej liderzy, gdzie są osoby, z którymi należy rozmawiać. Kolejny klucz to rozumienie podmiotowości migrantów także jako grupy, a nie tylko jako osób – pewnego rodzaju reprezentacji. Uwięziony obecnie w Azerbejdżanie więzień sumienia Arif Junus, powiedział kiedyś odnośnie do Karabachu: „jeżeli Azerbejdżan chce odzyskać Karabach, to powinien się nauczyć szanować mniejszości jako grupy, a nie tylko jako jednostki”. Współcześnie w Azerbejdżanie ani grupy, ani jednostki nie są szanowane, ale sądzę, że to jest bardzo mądre myślenie, które wskazuje na to, że należy mieć dwukierunkową politykę. Z jednej strony oczekujemy minimalnego przestrzegania kilku zasad, w których nie ma miejsca na brak szacunku dla drugiego człowieka. Nawet jeśli to jest sprawa rodzinna, państwo może rościć sobie prawo, żeby interweniować, na przykład kiedy młoda dziewczyna jest wydawana za mąż dużo za wcześnie. Z drugiej strony jednak należy dawać nie tylko dużo wolności, ale wspierać też wyrażanie się w kulturze, w lokalnych formach społecznych. Tylko wtedy możemy mieć taką sytuację, kiedy nie ryzykując gettoizacji, mamy do czynienia z różnymi kulturami z życia sąsiedzkiego, ulicznego. Ważne jest bardzo indywidualne podejście; osoby reprezentujące samorząd, władze, organizacje pozarządowe muszą być bezkompromisowe, jeśli chodzi o prawo, ale też muszą umieć i chcieć rozmawiać z liderami. Powinniśmy jasno przekazać sygnał: jesteście tutaj współgospodarzami, ale żeby być tutaj współgospodarzami, to musimy mieć pewne zasady, bez których nie będziemy funkcjonować jako społeczeństwo.

Jak w takim razie możemy to osiągnąć, w jaki sposób różne podmioty w mieście mogłyby się przyczynić do świadomego rozpoznawania migrantów, współpracy i wspierania działań na rzecz kultur?

Po pierwsze staramy się o lepsze, bardziej otwarte i ludzkie prawo. Miasto – razem ze stroną społeczną, powinno walczyć o lepsze, rozsądne przepisy. Od razu można zwalczyć zarzut, że nadmierne otwarcie spowoduje chaos, nadejdzie fala migrantów, którzy się nie zgadzają z naszym systemem wartości. Rozsądne jest pokazanie, że bardziej przyjazny system dla migrantów, wręcz z możliwością przyjeżdżania do Polski bez problemów, powoduje większe zaufanie do państwa, zwiększa ilość podatków itp. Jeśli system jest przejrzysty i każdy się rejestruje, łatwiej jest znaleźć patologie związane z migracjami, które także występują.

Po drugie należy włączyć mechanizmy, które wspierałyby „flagowe” projekty, takie jak Centrum Wielokulturowe w Warszawie. Powinno pojawiać się więcej projektów, które są międzysektorowe, czyli w które angażują się organizacje pozarządowe oraz miasto, a w najlepszym przypadku kolejne instytucje, bo międzysektorowość nie oznacza, że jest to tylko samorząd i miasto. W ramach planowania partycypacyjnego kilka takich projektów w kilku obszarach powinny być nie tylko realizowanych, ale także dobrze ewaluowanych i podsumowanych.

Wspomniałeś o Centrum Wielokulturowym w Warszawie (CWW), jak na ten moment oceniasz funkcjonowanie tego projektu na tle tworzenia kompleksowych działań w Warszawie?

W tym momencie CWW jeszcze się rozkręca i cały projekt też pokazuje bardzo wiele wyzwań, chociażby jak tworzyć działania partycypacyjnie, a jednocześnie zarządzać tak dużym podmiotem. Natomiast CWW jest jeszcze przed otwarciem oraz uruchomieniem wielu jego funkcjonalności, a dzieje się tam bardzo dużo, co tylko potwierdza, że jest to bardzo dobra idea.

Co widzisz jako największe wyzwania?

Widzę wiele, może być to wewnętrzna niechęć, potraktowanie CWW jako „dobrego” adresu dla prowokacji skrajnie prawicowych grup. Jeśli chodzi o wnętrze tego podmiotu, to pogodzenie różnych grup interesów, które razem funkcjonują. Jeżeli chodzi o miasto, to uważam, że stanęło na wysokości zadania, przygotowując cały grunt i gwarantując podstawowe środki. Ale i tutaj można wyobrażać sobie różne scenariusze, chociażby związane ze zmianą władzy w mieście.

Wspominałeś już o różnych doświadczeniach związanych z funkcjonowaniem miast w Portugalii. W ramach Miejskich Polityk Migracyjnych byliście też z wizytą studyjną w Wiedniu. Czy widzisz takie rozwiązania, które tam działają bardzo dobrze i są możliwe do przeniesienia na polski grunt?

Wiedeń, podobnie jak Warszawa – jest stolicą kraju, który nie był krajem kolonialnym i szczyci się tym, że ponad 40% mieszkańców to są osoby mające jakiś background migrancki.

Z Portugalii chciałbym przenieść całą filozofię recepcji migrantów i budowy systemu zaufania migrantów do państwa. Sądzę, że my jesteśmy w stanie wypracować jeszcze efektywniejsze i ciekawsze metody działania i rozwiązania. Na przykład niedawno w Gdańsku próbowaliśmy zorganizować warsztaty dotyczące planowania przestrzeni publicznej z udziałem społeczności romskiej.

Interdyscyplinarne podejście, włączenie różnych dziedzin do tematu integracji może spowodować, że my możemy stać się liderem w bardzo konkretnych projektach, a Warszawa nie musiałaby być liderem polityki migracyjnej tylko w Polsce, ale mogłaby być jednym z liderów w Europie. Ale może to osiągnąć wyłącznie poprzez odważne, otwarte, interdyscyplinarne podejście.

Witek Hebanowski – szef Fundacji Inna Przestrzeń, współinicjator Centrum Wielokulturowego w Warszawie.